Jesteśmy bezradni?
Jak zauważył Tomasz Janowski, „Wydawało mi się, że referendum sprzed lat wyczerpało naszą zdolność do autokompromitacji i obnażenia bezradności w tworzeniu wizji rozwoju komunikacji zbiorowej miasta”. Tymczasem jałowa debata trwa w najlepsze, a my wciąż uczestniczymy w swoistym konkursie na „najbardziej niefortunną nazwę” dla rozwiązań podstawowych problemów komunikacyjnych Krakowa.
Studia, analizy i projekty posiadamy od dawna. Potrafimy precyzyjnie oszacować koszty, uwzględniając nawet silną korektę inflacyjną. Możemy łatwo skonsultować dostępne rozwiązania z każdym nowoczesnym miastem europejskim i wiemy, gdzie szukać finansowania. Wiedzę mamy – czego zatem nam brakuje? Odpowiedź jest prosta: wyobraźni i odwagi.
W międzyczasie mieszkańcy zaludniają nowe obszary miasta, które wcale nie leżą na osi wschód-zachód. Chcieliby sprawnie przemieszczać się na odległość kilku lub kilkunastu kilometrów, mając ku temu uzasadnione powody: dojazd do pracy, szkoły, na uczelnię, dworzec czy lotnisko, zakupy lub spotkania towarzyskie w instytucjach kultury.
Dzisiejszy transport publiczny wciąż koncentruje się na krótkich dojazdach z rozproszonych osiedli w stronę Rynku i w tej roli sprawdza się znakomicie. Jednak to, czego naprawdę potrzebujemy, to wykonalna koncepcja transportu zbiorowego, spójna z rzeczywistym, a nie urojonym rozwojem przestrzennym Krakowa.
Taka koncepcja – niezależnie od przyjętego nazewnictwa – ma, poza poprawą jakości życia, potężne znaczenie symboliczne. Zdefiniuje ona nasz potencjał i ambicje jako nowoczesnej wspólnoty miejskiej. To droga do Lepszego Krakowa.

Jeszcze nie ma komentarzy