Aktualności
Nadmiar bodźców, codzienny stres i pośpiech. Koniec przewidywalności ładu międzynarodowego, wojny i kryzysy. Jak żyć w świecie, który staje się coraz bardziej nieprzewidywalny? Na te i inne pytania w trakcie spotkania z cyklu „Rozmowy o Człowieku” odpowiadał Tomasz Stawiszyński, filozof i eseista.
11 lutego sala Polskiej Akademii Umiejętności wypełniła się po brzegi. Gościem spotkania, w autorskim cyklu prof. Dominiki Dudek, był Tomasz Stawiszyński, autor m.in. książek „Co robić przed końcem świata” (2021) i „Ucieczka od bezradności” (2021). – Fukuyama ogłaszał „koniec historii”, dojście ludzkości do pewnego optimum. A potem okazało się, że coś jednak poszło nie tak. Żyjemy w czasie chaosu, o którym zresztą piszesz w jednej ze swoich książek. Żyjemy w lęku, w niepewności, mamy wojny. Co poszło nie tak? – pytała na początku prof. Dudek. Wbrew optymizmowi lat 90-tych i początku XXI wieku, rzeczywistość naszego życia jest o wiele mniej przewidywalna niż przed dwoma dekadami.
To problem, na który – wskazał Stawiszyński – należy patrzeć szerzej, uciekając od prostych, automatycznie nasuwających się odpowiedzi. Obecna sytuacja to także wspólna odpowiedzialność osób przywiązanych do wartości demokracji, wolności słowa i indywidualizmu. Diagnoza „końca historii” posiadała dwa wymiary: normatywny i opisowy. Opierała się na optymistycznych założeniach dotyczących natury człowieka. – Demokracja liberalna opiera się na milczącym założeniu, że większość stanowią ludzie mądrzy i odpowiedzialni. Wiemy, że tak nie jest, dlatego warto czytać Fukuyamę razem z inną, niezwykle aktualną książką Christophera Lascha „Bunt elit”. To książka prorocza. Wcześniej napisał „Kulturę narcyzmu”, książkę, która dziś wydaje się jeszcze bardziej aktualna. Gdyby zobaczył media społecznościowe, uznałby je za intensyfikację procesów, które już opisywał – podkreślił Stawiszyński.
W przeciwieństwie czasów Ortegi y Gasseta, koniec XX wieku to według Lascha czas „buntu” elit, które porzucają odpowiedzialność wobec przyszłych pokoleń i związek ze społeczeństwami, z których się wywodzą. - Lasch opisuje pewną kastę obywateli świata, ludzi nieprzywiązanych do konkretnego miejsca, historii, tradycji, wspólnoty, z której się wywodzą. Ich naturalnym punktem odniesienia jest świat jako całość. Myślą o swoich interesach globalnie, nie lokalnie. Problem polega na tym, że jednocześnie mają kształtować życie społeczne i reprezentować szerokie masy. A tracą z nimi łączność. Pojawił się zasadniczy rozdźwięk między elitami zachodu a społeczeństwami, które mają reprezentować. Zgodnie z diagnozą Lascha, proces ten prowadzi do wypowiedzenia przez „masy” posłuszeństwa elitom odległym od ich wartości i doświadczeń.
- Jak uważasz, jaki wpływ na społeczeństwo i na świat będą miały ujawnione akta Epsteina? – dopytywała profesor Dudek. W ocenie Tomasza Stawiszyńskiego to fakt, którego konsekwencje mogą być poważniejsze od skutków kryzysu finansowego z 2008 roku. Sprawa Epsteina może otworzyć etap destrukcji liberalnego porządku Zachodu, bo z całym okropnością ukazuje „bunt” elit, które porzuciły wartości „mas”, odcięły się od ich moralności. - To moim zdaniem bardzo mocno potwierdza trafność diagnozy Lascha. Bo zamiast obrazu jakiegoś genialnie zakonspirowanego, makiawelicznego spisku, dostajemy raczej obraz środowiska owszem – zdeprawowanego w pewnych obszarach – ale jednocześnie pełnego naiwności, próżności, momentami wręcz zdumiewającej głupoty. To także sprawa, w której konsekwencje prawne dotknęły wyłącznie trzy osoby, nie sięgając powiązanych przedstawicieli globalnej elity.
Korzeni kryzysu liberalnego Zachodu – podkreślał gość spotkania – trzeba jednak szukać wcześniej. Od samego początku dawały o sobie znać fundamentalne błędy: postrzegania świata wyłącznie w świetle zachodnich norm i wzorców, powielania błędnych narracji, wedle których z „końca historii” korzystają wszyscy. Procesy zachodzące w ciągu ostatnich dekad jasno wskazują, że tak nie jest.
- Owszem, lata 90-te, również w Polsce, przyniosły wiele szans. Widzieliśmy ludzi, którzy zaczynali od handlu na rozkładanych łóżkach, a kończyli jako zamożni przedsiębiorcy. Ale ta opowieść nie uwzględnia strukturalnych ograniczeń. Środowisk, które utrudniają jakiekolwiek „bycie kowalem własnego losu”. Wystarczy spojrzeć na obszary popegeerowskie w Polsce bądź na slumsy w Ameryce Południowej lub w Stanach Zjednoczonych.
Doświadczenia życiowe i opinie osób, które nie stały się beneficjentami porządku zostały zignorowane. Znaczne rzesze osób zostały systemowo wypchnięte na obrzeża, odmówiono im prawa głosu. To – jak ocenił Stawiszyński – przyczyny antyliberalnej rewolty obecnej w Polsce, Europie i w Stanach Zjednoczonych.
- Robert Skidelsky, brytyjski polityk lewicowy, opublikował kilka lat temu tekst, w którym pisał wprost: musimy na nowo przemyśleć europejską politykę migracyjną, bo popełniliśmy błąd, negując lęki ludzi. Lęki, że znany im świat może się zmienić nie do poznania. Procesów migracyjnych nie da się zatrzymać. To jasne. Ale rozmowa o lękach, uznanie, że one istnieją – że coś poszło nie tak, że pewne decyzje były błędne czy nieadekwatne – to warunek podstawowy, by odebrać populistycznej prawicy jej najważniejsze narzędzie: przekonanie ludzi, że tylko ona wyraża ich emocje i obawy – zauważył autor „Ćwiczeń z dysonansu”. - System funkcjonował jako demokracja, ale w istocie przypominał oligopol. Wytworzył kastę beneficjentów czerpiących ogromne profity, podczas gdy reszta społeczeństwa żyła w narastającej niepewności – dodał.
Kryzys liberalnej demokracji prowadzi do szczególnej sytuacji, w której w relacjach międzynarodowych pojawia się logika czystej siły. - Dla mnie sceną symboliczną dla tego możliwego świata jest sytuacja z Gabinetu Owalnego, Trumpa mówiącego Zełeńskiemu: jeśli nie masz w ręku dobrych kart, to lepiej się nie odzywaj. Czyli: nie masz siły, pieniędzy, wpływu – nie masz głosu. To świat, w którym obowiązuje czysta logika siły i pieniądza. To świat stojący na antypodach tego, co chrześcijaństwo wniosło do kultury Zachodu. Innymi słowy, pytanie brzmi: czy chcemy żyć w „Grze o tron”, czy w „Opowieściach z Narni”? Ja wybieram Narnię, ewentualnie „Władcę pierścieni” – podkreślił gość spotkania.